Pani tu pracuje z moich podatków. Tyle, że on w życiu dnia nie przepracował…

Rozmowa z pracownikami socjalnymi z jednego z ośrodków pomocy na temat wydatkowania 500 plus – i nie tylko.

Minął trzeci rok wypłacania świadczenia 500 plus. Jak te pieniądze wydatkują wasi podopieczni: inwestują w dzieci, odkładają na ich przyszłość czy konsumują?Zdecydowanie to trzecie rozwiązanie. Wzrost dochodów naszych podopiecznych, często znaczny, nie przełożył się na racjonalne wydatkowanie pieniędzy – w myśl ogólnie przyjętych zasad. Bo oni sami uważają inaczej. Dla nas jednak „przejadanie” całego socjalu jest niezrozumiałe.

 Najpierw porozmawiajmy o plusach tego programu, bo z pewnością są. 
Na pewno poprawił się status wielu rodzin, część z nich – jakieś 25-30 procent – przestała być naszymi podopiecznymi. Dostali pieniądze i zaczęli sobie fajnie radzić, choćby spłacając zadłużenia czynszowe. Zmniejszyła się również liczba opłacanych przez nas obiadów w szkołach. No i, co stwierdzamy dość przekornie, nasi podopieczni zaczęli bardziej dbać o swoje dzieci… Zdecydowanie zmniejszyła się liczba dzieci oddawanych do pieczy zastępczej. Brak dzieci to brak dochodu.
A minusy programu?
Najpierw sięgniemy pamięcią wstecz, gdy ponad 20 lat temu niektóre z nas zaczynały pracę w ośrodku pomocy. Wtedy świadczenia szły do właściwych grup społecznych i były zasadne: do osób bezrobotnych, niepełnosprawnych, chorych. Kupowaliśmy leki, węgiel. Obecnie ośrodek pomocy to dla naszych podopiecznych, zresztą coraz bardziej roszczeniowych, po prostu dodatkowe źródło utrzymania.
  Podopieczni konsumują świadczenia. W jaki sposób? 
Trochę rażą nas wymuskane niepracujące młode mamy. Można odnieść wrażenie, że nie wychodzą od kosmetyczek. Przedłużane rzęsy, zrobione paznokcie, wyfryzowane włosy. Jak czasem podpytujemy, to mówią, że „koleżanka im zrobiła”. My nie mamy żadnych instrumentów, by weryfikować prawdziwość tych informacji. Nie mamy wpływu na to, jak pieniądze ze świadczeń są wydawane.
 Czyli młode mamy chcą ładnie wyglądać i nagle zaczęło ich na to stać. W czym jeszcze przejawia się konsumpcja? 
Markowe ciuchy głównie Nike i Adidasa, jaskrawe ubrania. Najlepsze telefony komórkowe, możemy panią zapewnić, że ani my, ani pani takich nie ma. Najnowszy sprzęt agd: tablety, iPhony, komputery, a telewizor im większy, tym lepszy. Czasem całą ścianę zajmuje. I od rana leci „Ukryta prawda” albo „Trudne sprawy”…
Gdzie w tym dzieci? 
Gdzieś w tle. To, co nas najbardziej denerwuje, to fakt, że te matki nie gotują. Chodzimy po domach i nigdy nie czujemy zapachu zupy czy smażonego kotleta. Kupuje się gotowce, od kanapek – nawet ich się nie chce zrobić – po zestawy parówek, zapiekanek, hamburgery, gotowe mięso. Byle wstawić do mikrofalki. Nawet herbatę rzadko się robi, bo lepiej wypić kolorowe napoje, które całymi zgrzewkami przynoszone są z marketów. Gdy zwracamy uwagę, żeby taka mama kupiła kurczaka i nastawiła rosół, zrobiła pasztecik, zimne nóżki, to mówią, że to „tyle roboty”…
Nie chce się zrobić? Dlaczego?
Bo nigdy się nie robiło. Więcej pieniędzy nie sprawia, że nagle zmienia się charakter. Przeciętny dzień naszych podopiecznych wygląda tak, że wstają późno, czasem w południe. Bywa, że to my przychodzimy przed godziną 8 i odprowadzamy dzieci do szkoły, bo mama jeszcze śpi!  Potem kawa, telewizja, która leci cały czas. Nie ma czasu na gotowanie. Lepiej zamówić coś na wynos albo iść restauracji, to obecnie nowa moda. Czasem idziemy ulicą, a oni wołają nas do siebie: pani przyjdzie, kawę postawimy. Udajemy, że nie słyszymy, zresztą my spieszymy się do pracy… Mimo dodatkowych pieniędzy wciąż zastawiają różne rzeczy w lombardach, choćby rowery, które ich dzieci otrzymały na komunie. Nadal kwitną wszelkiego rodzaju chwilówki, jedne pożyczki spłacają kolejnymi. Mamy wrażenie, że ci ludzie się zatracili, ich apetyt rośnie w miarę jedzenia. Świadczenia wypłacane są około 20. dnia miesiąca, a oni potrafią już 10. złożyć podanie o wypłatę, bo kasy zabrakło.
Zwracacie im uwagę? 
Oczywiście, że tak, to nasza praca. Nalegamy, żeby pomyli naczynia z całego tygodnia, poukładali ubrania, sprzątnęli. Wtedy słyszymy, że pójdą do „Raworowiczowej” albo do Ikonowicza na skargę. Ewentualnie wezmą „swojego prawnika”, nie zapominając dodać, że my pracujemy z ich podatków – co brzmi dość paradoksalnie, bo większość z nich w życiu nie przepracowała ani dnia, więc i grosza podatku nie odprowadziła.
Jesteście panie coraz bardziej rozgoryczone? 
Rośnie socjal naszych podopiecznych, a nasze wynagrodzenia nie. Od nas się wymaga, byśmy były zawsze na czas, uśmiechnięte, empatyczne, żebyśmy podnosiły kwalifikacje.  I żebyśmy były na każde zawołanie. Mamy po kilkadziesiąt rodzin pod swoją opieką, także wiele osób starszych, schorowanych, samotnych. To obciążająca praca, którą oczywiście lubimy, bo inaczej od razu byśmy z niej zrezygnowały. Ale nas nie stać na wyjście do restauracji, podjechanie po zakupy taksówką, egzotyczne wczasy, zdjęcia z których wrzucają potem na Facebooka nasi podopieczni. Zastanawiamy się, jak zorganizować komunie naszych dzieci „po kosztach”. Nasi podopieczni nie mają takich dylematów: z góry rezerwują drogie lokale. Dawniej mieli dylemat, skąd wziąć pieniądze. Teraz go nie mają, mamy wrażenie, że teraz to już w ogóle nie mają żadnych problemów. Bo to nie są osoby, które myślą o przyszłości. Oni żyją tu i teraz.
Czyli program 500 plus zrobił waszym podopiecznym więcej szkody niż pożytku ? 
Uczciwa praca nie jest premiowana. Oni nie mają motywacji do podjęcia pracy, bo oferowane zarobki nie są dla nich atrakcyjne. 500 plus generuje rozwój szarej strefy.  Matka trójki dzieci z rodzinnym ma około 2 tys. zł netto miesięcznie. W pracy oferują jej 1400 – 1600 złotych. Jeśli pójdzie, to straci świadczenia, bo będzie miała wyższy dochód. Kalkuluje, że się jej to nie opłaca. Podobnie widzimy, że ojciec mieszka razem z nimi, ale oficjalnie ona pozostaje samotną matką. Dostanie wtedy więcej.
Mówicie  panie, że około 75 proc. podopiecznych przejada świadczenia, a pozostali kombinują. Jak?
Przychodzą i mówią, że chcieliby dostać zasiłek celowy na zakupy związane z początkiem roku szkolnego. Mówimy, że mają przecież po 500 złotych na dzieci, 300 złotych na wyprawki. „Już je wydałam, bo wysłałam dziecko na kolonie’ – słyszymy. – „A poza tym ceny rosną, 500 złotych trzy lata temu, a obecnie, to spora różnica” – dodają. Świadczenie 500 plus nie wlicza się w dochód, więc jeśli taka rodzina spełnia kryteria, to zasiłek celowy musimy przyznać. Domagają się też z ośrodków pomocy zasiłków na wycieczki szkolne, remonty mieszkań, żeby dziecku lepiej się mieszkało, opłacenie rachunków za telefon lub jego zakup. Ale już na przykład na leczenie dzieci kasy nie ma – próchnica zbiera tam potężne żniwo, prosi się alergolog, okulista czy logopeda. Słyszymy, że służba zdrowia jest darmowa i oni nie będą płacić za leczenie. To już lepiej kupić samochód albo wyjechać całą rodziną na wczasy. Najgorsze, że dzieci widzą te wzorce i je powielają. Od małego wiedzą, gdzie skierować kroki po finansową pomoc.
Co was w tym wszystkim najbardziej niepokoi?
Zastanawiamy się, co będzie za 10-15 lat, gdy te matki odchowają dzieci i świadczeń nie będzie. Bez pracy, bez doświadczenia. Zostaną „z ręką w nocniku” i zdrowe młode jeszcze kobiety znów będą na naszym garnuszku. W zasadzie do końca życia.
Jak waszym zdaniem można byłoby uzdrowić tę sytuację?
W bardzo prosty sposób: świadczenie 500 plus powinno być wliczone do dochodu, a ponadto regulowane podatkami. Naszym podopiecznym nie powinno się dawać tego świadczenia w formie pieniężnej, lepiej byłoby za te pieniądze opłacić dzieciom zajęcia dodatkowe, lekarzy-specjalistów, wycieczki szkolne, może odkładać na ich indywidualne konta. Na razie duże pieniądze płynące do rodzin są po prostu roztrwaniane.

I tyle w temacie.

Kto jest odpowiedzialny za hejt w necie? Media.

Wystarczy prześledzić komentarze pod jakimkolwiek postem ocierającym się o politykę, ba, o cokolwiek: przyzwolenie na wypisywanie co tylko ślina na język przyniesie sprawiło, że do głosu doszli ci, którzy powinni milczeć, bo nie mają kompletnie nic do powiedzenia. Co nie przeszkadza im wypisywać bzdur, lajkowanych następnie przez im podobnych, co z kolei tych pierwszych utwierdza w przekonaniu, że mają w sobie oceany mądrości.  

Teraz każdy jest najmądrzejszy.

Za hejt w Internecie obwiniam media. Wiem, co piszę, bo jestem dziennikarzem od ponad 25 lat. 

Problemem jest to, że media kreują rzeczywistość, a nie ją opisują i wyjaśniają. Jeśli chcą uczynić z kogoś bohatera, to uczynią, a jeśli chcą kogoś zniszczyć, to zniszczą. Sposobów na jedno i drugie jest wiele, a każdy skuteczny. Czasem dzieje się tak z odgórnego polecenia, ale często dziennikarze piszą wedle własnego uznania. A ponieważ są słabi merytorycznie, z zera zrobią bohatera, byleby mieć news.

Poruszyłam dwie ważne kwestie: słabość merytoryczna i news. Rozwinę je.

Ignorancja dzisiejszych dziennikarzy, którzy z natury rzeczy powinni wykazywać się sporą wiedzą na każdy temat, albo chociaż chęcią jej zgłębienia, to efekt tak przyziemnej rzeczy, jak oszczędności w redakcjach. Dobrzy dziennikarze są zwalniani, bo zbyt dużo kosztują – w to miejsce zatrudnia się gimbazę, która, owszem jest bystra w necie i nowych technologiach, ale nikt jej nie nauczył (nie zdążył, nie chciał), co to znaczy być dziennikarzem, jak duża jest to odpowiedzialność i jak ważne jest każde napisane słowo. Nawet to z błędem ortograficznym… 😉

Przykłady? Pierwszy z brzegu: na stronie internetowej mojej gazety pojawił się artykuł z wielkim tytułem: Prezydent RP podpisał uchwałę… (sprawa dotyczyła 12 listopada, który miał być dniem wolnym od pracy). Dzwonię do osoby odpowiedzialnej za ukazywanie się treści w necie – zanim ów kolega poprawił rażący błąd (Prezydent RP podpisuje ustawy, a nie uchwały) minęła godzina, podczas której internauci nie szczędzili nam hejtu. Od kolegi usłyszałam, że napisał to jakiś szczawik z innej redakcji i wrzucił radośnie na całą Polskę. Dodam, że tekst zilustrował ludźmi robiącymi fikołki na plaży…

Zastanawiam się, co ten młody człowiek robi w porządnej, wydawałoby się, redakcji, i czy zdaje sobie sprawę, że wrzucenie informacji na stronę internetową dużej gazety – to nie to samo co wrzucenie posta na swój fejsbukowy profil?

Co na to jego szefowie? Bo on może się jeszcze uczy, ale czy ktoś nad tą nauką czuwa? A jeśli nie, to co? 

continents-2660932_960_720.png

Cel pracy dziennikarza newsowego, a takich jest większość, to zdobycie newsa. Gdy już się go ma, można z nim zrobić tysiące rzeczy – od ciągłego przypominania po wielekroć, co godzinę, i w każdej konfiguracji (wtedy właśnie zero może stać się bohaterem i na odwrót), po tworzenie pobocznych wątków, a każdy ma przyciągnąć jak najwięcej gawiedzi. Gawiedź jest przez media mile widziana, a wręcz hołubiona.

Dawniej czytanie papierowej prasy należało do dobrego tonu, świadczyło o zainteresowaniu światem, dążeniu do pogłębiania własnych horyzontów.

Ludzie, których gazety nie interesowały, po prostu ich nie kupowali. Mieli swój własny świat.

Moim zdaniem wtedy ów świat nie dzielił się na zwolenników tej czy innej partii, ale na mądrych i głupich.

Gdy nastała era Internetu, w dodatku darmowego, do głosu, jak pisałam wcześniej, doszli ci, którzy powinni milczeć. Ci, którzy żadnych gazet (gazeta jest tu tylko symbolem) nie czytali. Nagle zorientowali się, że mają odbiorców, fanów, a nawet wielbicieli własnej głupoty. Zakładają fora, skupiają się i zrzeszają. Mnożą się w zastraszającym tempie w myśl zasady, że ciemniactwo zawsze jest liczniejsze i bardziej hałaśliwe, więc ma większą siłę przebicia.

Dlaczego nikt, zwłaszcza media/dziennikarze, nie wypowiedzieli im wojny?

Powody są dwa i żaden nas nie usprawiedliwia.

Po pierwsze nie wiadomo, jak z nimi dyskutować, bo to nie ten poziom. Próbowałam jako moderator, ale samonakręcenie jest tak ogromne, że to nie ma sensu. Wpisują tak zwane fejsbukowe mądrości, powielają schematy myślowe, są chamscy i wulgarni, nieobliczalni w słowach na zasadzie „im gorzej, tym lepiej”. Z pewnością sprzyja temu anonimowość, no i bezkarność.

Po drugie to oni są głównymi odbiorcami dziennikarskich treści i – tu przechodzę do sedna – „generatorami” odsłon.

Odsłona to wyświetlona przez internautę strona w necie. Każda odsłona się „monetyzuje”, czyli gazeta ma z tego zysk. Im więcej odsłon tym lepiej dla wydawcy, bo to z kolei przekłada się na atrakcyjność dla reklamodawcy. Stąd te wszystkie TOP 15 Najpiękniejszych Plaż Nad Bałtykiem czy 50 zdjęć biegającego nago faceta po ulicy.

Kto takie rzeczy chce/ma czas oglądać? 

Mądry człowiek przeczyta w necie artykuł (z tego nie ma żadnych odsłon), a gdy już poczyta zajmuje się swoją pasją: czytaniem książek, malowaniem, działką, dzierganiem czy hodowlą chomików; pójdzie do teatru czy filharmonii, obejrzy dobry film czy wystawę w ośrodku kultury.

Głupi siedzi całe dnie w necie, bo nie ma innych zainteresowań. I to on robi odsłony nadając ton polskiemu Internetowi. Przy aplauzie mediów.

Przykład? Wrzuciłam do netu odsłonowy materiał „Jak przyjąć księdza po kolędzie”. Po chwili ze 30 komentarzy, wszystkie na zasadzie „wsadzić mu widły w du…”. Usunąć, moderować, zwrócić uwagę?

Nie, usłyszałam: im więcej komentarzy, tym bardziej się kręci. A im bardziej się kręci, tym więcej odsłon. Im więcej odsłon, tym więcej pieniędzy. Tak działają algorytmy Facebooka. I z tego obecnie rozliczany jest niemal każdy dziennikarz. Ja również.

A że gawiedź ma używanie, że godzimy się na ich dominację, że wreszcie przyzwalamy na mowę nienawiści? Na ciągły hejt?

Tym razem byli to księża, ale gdzie indziej „kręcą się” w ten sposób nauczyciele, odstrzał dzików, komisja Amber Gold, etc. i cała polityka – wszystko, co można celowo skonfliktować (wystarczy chwytliwy tytuł, podjudzające zapytanie i parę innych chwytów), a co za tym idzie będzie się kręcić, robić odsłony, monetyzować. Na usprawiedliwienie gazet dodam, że nie są państwowe, w większości nikt im z budżetu nic nie daje, więc same muszą wypracować sobie kasę, by funkcjonować.

A więc była już mowa o dziennikarskiej ignorancji, poszukiwaniu newsów, robieniu odsłon i przychylności z tego powodu dla gawiedzi.

Efektem tego jest najgorsza chyba rzecz, jaka może się przydarzyć narodowi: brak jakichkolwiek autorytetów.

Nie ma ich! Ostatni umarł wraz z odejściem Jana Pawła II, który – choć nie do końca ideał, ale tych nie ma – potrafił skupić Polaków wokół siebie. Potem Kościół miał się coraz gorzej, dzisiaj wzbudza raczej wrogość niż zaufanie. Autorytetu nie mają profesorowie, nauczyciele, pisarze, sędziowie, dziennikarze (niestety, na palcach jednej ręki mogę policzyć tych wiarygodnych); nie mają go lekarze, służby mundurowe (no może strażacy), artyści, a już na pewno nie politycy. Nikt nie ma ochoty ich słuchać. 

Ale czyż jako dziennikarze sami do tego nie doprowadziliśmy? Od nas zależy, jak ich przedstawimy, jakie cytaty z dłuższych wypowiedzi przytoczymy, kogo zaprosimy do studia, o co zapytamy. 

Tylko, ile osób przeczyta czy obejrzy dobry wywiad? Odpowiedź: na pewno nie tyle, żeby uzyskać odpowiednią ilość odsłon czy zgromadzić widzów przed szklanym ekranem. To już lepiej wrzucić 123 zdjęcia z jasełek, albo szybką relację okładających się ludzi pod sejmem.

Oczywiście wcale nie muszę mieć racji i wcale nie z tych wymienionych przeze mnie powodów w Internecie króluje hejt, a Polacy są totalnie podzieleni.

Myślę tak dopóty, dopóki ponownie nie zajrzę na fejsbuk i nie przeczytam pierwszych prasowych tytułów, zajawek, leadów, podjudzających pytań i pierwszych komentarzy. Dopóki nie włączę TV i nie zobaczę telewizyjnych informacji, nieważne jakiej maści i opcji.

Ktoś ma interes, by tak nas skłócać? 

Degustujesz i wspomagasz. Święto Młodego Wina w Sandomierzu

Przez dwa dni byłam enoturystą i bardzo mi się to podobało. Dostałam kieliszek, paszport z mapką winnic i wykazem restauracji, gdzie można podegustować tegoroczne polskie wina.

glasses-974687_960_720Założyłam na głowę czapę, wciągnęłam rękawice i opatuliłam się szalem, bo akurat ten weekend w Sandomierzu był mroźny – i jak wyszłam przed godziną 12 w południe, to do motelu wróciłam przed 23. To był ten z nielicznych w moim życiu dni, kiedy jedynym problemem był dylemat, do której restauracji pójść na degustację i co dobrego zjeść.

Oczywiście przebywałam w doborowym towarzystwie pięciu innych znajomych- enoturystów (i chyba ponad setki z całej Polski), w tym mojego męża, który jeszcze latem zasadził w ogrodzie kilka winorośli oświadczając wcześniej, że klimat się zmienia i trzeba coś z tym fantem zrobić. Mieliśmy więc w swoim gronie „pasjonata”, który zamierzał zostać winiarzem, jeszcze o tym nie wiedząc.

Polecam Święto Młodego Wina w Sandomierzu z kilku powodów.

Po pierwsze, jeśli ktoś nie był wcześniej w Sandomierzu, a ja na przykład nie byłam, będzie prawdziwie oczarowany: jego położeniem, zabudową, zabytkami, historią, specyficznym urokiem i klimatem wreszcie, którego nie zauważyłam, niestety, w Kazimierzu Dolnym, tak bardzo reklamowanym. Kazimierz mnie rozczarował, a Sandomierz oczarował (choć pewnie dlatego, że w pierwszym nic się wtedy nie działo, a w drugim było młode wino…).

mulled-wine-1934958_960_720

Po drugie, wielu z nas Sandomierz kojarzy z serialowym ojcem Mateuszem, więc i ja w pierwszej kolejności szukałam miejsc, z którymi kojarzyłam poszczególne odcinki. Przekonałam się osobiście, że niezliczona ilość restauracji, kafejek, kawiarenek, barów nie jest żadną filmową ściemą, a takie miałam wrażenia oglądając serial, a cudną rzeczywistością i istotnie można cały dzień chodzić od jednej knajpki do drugiej smakując dobre i wymyślne dania, pyszną kawę, no i hit zimnego listopadowego weekendu czyli rozgrzewającą herbatę z cytryną, pomarańczą, imbirem, goździkami, laską cynamonu i miodem, ewentualnie z domieszką alkoholowej nalewki. Mało tego: miejsca te są klimatyczne, o ciekawym wystroju wnętrz, zachęcające do wejścia i posiedzenia (to już trzeci powód przyjazdu do Sandomierza).

Ale wracając do serialu – oprócz zabytków i na przykład podziemnej trasy turystycznej, którą koniecznie trzeba zwiedzić – jest również Muzeum Ojca Mateusza i w sumie dawno żadne miejsce nie sprawiło mi tyle dziecięcej radości, co chodzenie po miejscach znanych z filmu i robienie sobie zdjęć z woskowymi figurami Pluskwy (Eryk Lubos jak żywy), Natalii w kuchni z pierogami (figura nieudana), Nocula czy samego księdza, czyli Artura Żmijewskiego. Kupiłam sobie nawet czekoladę Ojca Mateusza, choć wokół tego serialu kręci się cały small-biznes, więc można było kupić mnóstwo innych rzeczy. Fajne to było!

Czwarty powód to zobaczenie obrazu Karola de Prevot w katedrze sandomierskiej przedstawiającego rzekomy mord rytualny, jakiego mieli dokonać Żydzi na chrześcijańskich dzieciach. Obraz ten stał się kanwą jednego z moich ulubionych filmów pt. Ziarno prawdy w reż. Borysa Lankosza według powieści równie ulubionego polskiego „kryminalisty” Zygmunta Miłoszewskiego. Wyobraźnia działa, a Sandomierz jej w zadziwiający sposób pomaga.

No dobrze, ale w sumie nie o to w tym wszystkim chodzi. Najważniejsze jest Święto Młodego Wina i o nim chcę napisać w kontekście reaktywującego się winiarstwa w Polsce.

grapes-2656259_960_720

O samej historii polskiego winiarstwa można poczytać w necie i jest to lektura pasjonująca. Mnie zadziwił tylko fakt, że winiarstwo, które upadło wraz z nadejściem PRL, na sprzyjające mu przepisy musiało czekać aż do roku 2006! Czyli całkiem od niedawna można zakładać własne winnice i produkować wino, które następnie może być wprowadzane do obrotu. I coraz więcej osób z tego właśnie żyje, czego przykładem było kilkanaście rodzin parających się winiarstwem i obecnych na sandomierskim święcie. Oferowali oni enoturystom młode wina do degustacji i zapraszali do zwiedzania winnic.

46491672_364910240922792_2327006701082902528_n

My byliśmy w winnicy Marcelego Małkowskiego, 8 km od Sandomierza, który wraz z żoną i rodziną zajął się enoturystyką. Ze swoich winnic uprawianych na około 4 ha sprzedaje około 15 tysięcy butelek wina rocznie – i schodzą mu one, jak mówi, na pniu. Do tego stopnia, że trudno mu zachować, a potem sprzedać, najlepsze wina 2- czy 3-letnie – no chyba, że na własny użytek. Oprócz winnic i średniowiecznych piwniczek do przechowywania wina posiada również wszystkie urządzenia potrzebne do produkcji trunku, a także pokoje do wynajęcia i szereg innych atrakcji, co sprawia, że kwitnie również agroturystyka.

still-life-2963302_960_720

Pan Marceli mówił nam, że winiarstwem para się coraz więcej ludzi w rejonie Sandomierza, ale oczywiście nie tylko, bo w zasadzie każde już województwo w Polsce ma swoich winiarzy. Kupują najlepsze odmiany winorośli za granicą, sadzą, mozolnie się nimi opiekują i je pielęgnują, by następnie zebrać plony i z gron wytłoczyć wina dobrej jakości. Tłumaczył nam, że lepsze, niż te kupowane w marketach, bo bez konserwujących siarczanów – polskie wina są naturalne i do dwóch lat można je przechowywać w lodówce. I może dlatego takie drogie? U Pana Marcelego najtańsze wino kosztowało 35 zł za butelkę, następne były od 50 złotych w górę. Myślę, że warto, ale jednak trzeba się nastawić, że nie są to tanie znane nam wina z marketów.

Fajnie było uczestniczyć w czymś, co dopiero w Polsce raczkuje, odradza się, reaktywuje, choć polskie winiarstwo ma piękną tradycję, a jego początki sięgają X wieku. Początkowo wyrobem win własnej produkcji zajmowali się benedyktyni – w Sandomierzu robili to od XIII wieku – by mieć własne wino liturgiczne, i oni również dalej się winiarstwem parają.

46489727_2025858407473856_3659191499150589952_n

Święto Młodego Wina w Sandomierzu, choć to dopiero 6. edycja, uważam za ciekawą imprezę, na której warto być i swoją obecności, oraz oczywiście degustacją kilkudziesięciu młodych polskich win, wspomagać rodzimą gałąź gospodarki. Chyba nie ma przyjemniejszego wspomagania…

Fot. różnych uczestników enowyjazdu 🙂 oraz nieoceniony Pixabay 🙂

 

Psianka słodkogórz, rzepik, pasternak, wyka kosmata. Slow life.

Żyć ekologicznie, czyli jak? Może jak Ewa Kuskowska i Jerzy Piotrowski, ciepli i sympatyczni, którzy rzucili zabiegane życie w Warszawie i w dziurze zwanej Wycinka Wolska (ktoś wie, gdzie to jest???) kupili stary dom z 1936 roku bez żadnych wygód, do tego kawał ogrodu ze stodołą i urządzili tam swoje królestwo zwane zagrodą ziołową. Ewa sadzi rośliny, których mógłby pozazdrościć niejeden botanik.

flowers-3525535_960_720

Wie o nich bardzo wiele i mogłaby o każdej roślince opowiadać i opowiadać; obrywa liście i pędy, pociera w dłoniach, wącha i podsuwa nam pod nos, a wszystko tak cudnie pachnie. Ewa mówi, że wstaje o piątej rano i idzie pielęgnować ogród. Czasem z podobnymi sobie pasjonatami łazi po okolicznych łąkach, mokradłach i lasach w poszukiwaniu konkretnych ziół. Wiadomo przecież, że te zebrane własnoręcznie mają największą moc, a poza tym jaka za frajda przynieść kosz pełen aromatycznych roślin, powiązać w pęczki do ususzenia i czekać, aż zamienią się w czarodziejskie ziele.

W ich domu wszystko jest stare i zniszczone, takie, jakie być powinno, użytkowane latami przez kolejne pokolenia, a nie kupowane nowe zaraz po tym jak stare niedomaga. Podłoga skrzypi, na węglowej kuchni osmalone garnki, mnóstwo dziwnego sprzętu i makatek na ścianie, starocie, starocie, starocie. – Kiedyś przyjechał do nas potomek dawnych właścicieli i jak się wzruszył, gdy zobaczył zdjęcie dziadka w mundurze – śmieje się Ewa. – Bo ja nic z tego domu nie wyrzucałam, wszystko zostało. Nawet to malutkie zdjęcie.

Ganek opleciony i zacieniony przepięknym krzewem, stary stół i stare krzesła przed domem, ogrodzenie zbite z desek. Dróżki jak u babci na wsi, domki dla owadów. Ewa mówi, że nawet jak idzie do sklepu po jakieś niezbędne zakupy, to czuje chemię. U niej w domu chemii nie ma.

Jurek serwuje zupę ze szczawiu, pokrzywy, lubczyku i przywrotnika, zaprawioną przesmażoną na oliwie cebulką. Smakuje wybornie, każdy ustawia się po dokładkę. Potem idziemy do stodoły, gdzie króluje łoże, obok garderoba w postaci sznurka i zawieszonych na nim ciuchów. Wszędzie suszą się zioła, zapach kosmiczny, a my robimy saszetki zapachowe oraz sól ziołową, która, już w naszych domach, okazuje się niezwykła w smaku.

Nie ma cywilizacji? Jest laptop, dzięki któremu Ewa i Jurek kontaktują się ze światem, na przykład z innymi zielarzami. Ostatnio był u nich kolejny już Ogólnopolski Zjazd Zielarski. Zielarze podniecali się, że znaleźli „psiankę słodkogórz, rzepik, pasternak, wykę kosmatą, mlecz, pięciornik srebrny, kuklik pospolity i czterolistną koniczynę”, a serwowano: dziki chłodnik na domowym jogurcie, domowy tempeh z kaszy jaglanej i łubinu w dzikiej marynacie, kalafior z pączkami bzu czarnego i poppingiem gryczanym, dzikie kiszonki – kapusta kiszona z dzikim pesto, dzikie kim-chi, dipy na bazie jogurtów roślinnych i fermentowane pasty z nasion, chleby i krakersy na zakwasie, zapiekaną polentę negra z sosem chimichurri z bluszczyku kurdybanku i napoje fermentowane…” (cytat z netu opisujący jeden z zielarskich zjazdów).

Dominika Radwańska jako socjolog rzuciła pracę w korporacji, kupiła domek w Chojnacie (czy ktoś wie, gdzie to jest) i została „diet coachem” oraz „horse coachem”. Prowadzi terapie oraz warsztaty w asyście dwóch pięknych koni udowadniając, że „koń prawdę ci powie”.

horse-3419146_960_720

Co to znaczy? Że konie – a może w ogóle zwierzęta – są zawsze sobą i jeśli w tej relacji ktoś jest nieprawdziwy, to właśnie my. Konie to od razu wyczuwają i wystarczy, że coach obserwuje ich zachowanie. Ich, a nie nasze.

– W życiu trzeba robić to, co się kocha – powtarza oklepane zdanie, ale przez nią odkryte na nowo, pani Dominika. –  Strasznie się męczyłam pracując w korporacji i gdy pewnego dnia ją porzuciłam bardzo się bałam, czy dam radę utrzymać się – i moje konie – z czegoś zupełnie dla mnie odlotowego. Ale okazało się, że jak człowiek robi coś z wewnętrznego przekonania, kieruje się sercem, to cały Kosmos mu sprzyja i wszystko się układa. Ponieważ moja obecna praca jest jednocześnie moją pasją mogę śmiało powiedzieć, że od czterech lat nie przepracowałam ani godziny…

To samo może powiedzieć Margerita Kahan z małej wsi Esterka (czy kto wie, gdzie to jest?). W ekologicznym gospodarstwie czas płynie wolniej, choć wszystkie mieszkające tam osoby ciężko pracują. Mama oraz dwie córki organizują warsztaty najprzeróżniejszego rodzaju, w tym kulinarne, a także zajmują się ekologicznym ogrodem wciąż zgłębiając zasady permakultury. Pokaz, jak można sadzić warzywa czy inne rośliny używając tektury zrobił na mnie ogromne wrażenie, bo okazało się, że nie trzeba przekopywać pół działki – słabym kobietom jest trudno – by uprawiać warzywny czy ziołowy ogródek. Pani Margerita chłonie wszelkie nowinki i zaraża swoich nimi sąsiadów. Jej gospodarstwo funkcjonuje wiele lat i ma coraz więcej chętnych, którzy chcą przyjechać choć na kilka dni i całkowicie zatopić się w naturze.

Podczas naszego pobytu przygotowywaliśmy hamburgery z ciecierzycy, a także sałatki przyprawione hitem wegan czyli gomasio.

Slow life? A po co się spieszyć?

environmental-protection-326923_960_720

To, co się dzieje obecnie na świecie w kwestii dewastacji przyrody przechodzi wszelkie pojęcie i każdy, kto choć trochę interesuje się tym tematem wie, o czym piszę. Skala zanieczyszczenia mórz i oceanów (przypomina mi się dwuwiersz „Głupiec mówi: Niech sobie źródło wyschnie w górach, byleby mi płynęła woda w miejskich rurach”, który wkrótce, jeszcze za życia naszych dzieci czy wnuków) może stać się faktem), produkcja wszechobecnego plastiku, który zalewa Ziemię, używanie nawozów i detergentów oraz wiele innych niepokojących rzeczy sprawia, że troska o otaczającą nas przyrodę wydaje mi się obecnie najważniejszym zadaniem dla każdego człowieka.

Dlatego kocham wszelkich odlotowców, z których może i czasem się podśmiewamy, ale tak naprawdę to oni są zaczynem normalności.

Bo co my robimy dla swojej planety?

Lekarz woli wybudować przychodnię i trzepać prawdziwą kasę?

Poszłam do znanej restauracji w moim mieście, by zamówić catering na urodziny córki. Menadżerka położyła przede mną odręcznie napisaną kartkę z wieloma daniami, bym sobie coś wybrała. Na samej górze imię i nazwisko znanej w mieście pani doktor, właścicielki przychodni. I kwota, za którą lekarka wyprawiała sobie przyjęcie. Dla mnie te dania, niestety, okazały się za drogie (12 porcji kaczki z jabłkami 408 złotych – potem ludzie mi mówili, że to normalne ceny w cateringu…)

Oczywiście menadżerka popełniła błąd – taka lista z nazwiskiem nie powinna była trafić w moje ręce. Ale patrząc na to nazwisko pomyślałam wtedy o sytuacji w służbie zdrowia, gdzie wielu młodych lekarzy, ale nie tylko, wypowiedziało klazulę opt-out z uwagi na zbyt ciężką pracę. Ten trend opisałam na swoim blogu poniżej (ludzie nie chcą ciężko pracować, po prostu i tyle), ale zwrócę uwagę i na inną kwestię.

W moim 50-tysięcznym mieście jak grzyby po deszczu powstają kolejne prywatne przychodnie. Czyli się opłacają. Bo np. Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych, czyli miejsc, gdzie na przykład seniorzy po leczeniu w szpitalu mogliby dochodzić do zdrowia, jak na lekarstwo, nie ma – więc się nie opłacają, mimo że w 70 proc. pobyt finansuje NFZ.

Praca w szpitalu jest bardzo ciężka. Może nie tak, jak dawniej (mój 80-letni wujek po 50 latach trafił na chirurgię i był zdziwiony… ciszą i spokojem. – Pół wieku temu cały oddział to były tylko jęki i krzyki, w powietrzu czuło się cierpienie – powiedział mi. – Teraz było jak w raju. Leki przeciwbólowe robią swoje…), ale jest; to duże wyzwanie dla młodego zwłaszcza człowieka, który po książkowych teoriach musi przejść do praktyki.

W szpitalu nie ma miejsca na lekarskie słabości, niewiedzę, brak decyzyjności. Praca ponad siły, często na okrągło (inna sprawa, że lekarze chętnie biorą te osławione dyżury, na które później narzekają, gdyż te są bardzo dobrze płatne).

A w przychodni? Czasem nazywam lekarzy tam pracujących, z całym oczywiście do nich szacunkiem, przepisywaczami antybiotyków lub innych lekarstw. Czysty gabinet, sprzęt, do pomocy pielęgniarki, które też nie muszą się tak bardzo nagimnastykować i nastresować jak w szpitalu. I skierowanie, recepta, ewentualnie skierowanie lub recepta. Do innego lekarza lub do szpitala właśnie, niech tam się martwią.

Często mówi się, że pielęgniarki czy lekarze w szpitalach, nie mówiąc o sorach, są niemili i brakuje im empatii. Każdy z nas miał pewnie takie doświadczenia, ja również dużo mogłabym na ten temat napisać i jako osoba prywatna, i jako dziennikarz.

Ale przepraszam bardzo, uważam, że nawet anioł miałby dość, bo to nie jest praca, gdzie można sobie usiąść i spokojnie wypić kawę. To metafora, oczywiście nie raz i nie dwa można takie panie delektujące się kawą zobaczyć, ale proszę się z nimi zamienić!

Koło pacjenta wszystko trzeba zrobić, łącznie z wymyciem go i obsługą kaczki, a wokół tylko ból, cierpienie, często przerażenie i bezradność, absorbująca rodzina, przemęczeni lekarze i cały ten syf związany z niewydolną w Polsce służbą zdrowia. A siostry coraz starsze, kręgosłup siada, nerwy też, a tu jeszcze pełno papierkowej roboty… W domu czeka mąż i rodzina, czyli drugi etat, bo wszyscy wiemy, jak pracują matki-Polki. Więc w sytuacjach, gdy pielęgniarki i lekarze z mojego szpitala odsądza się od czci i wiary, zawsze – choć wiem, że w wielu przypadkach skarżący się pacjenci mają rację – biorę poprawkę na opowieści, bo prosty zawód to nie jest. I odpowiedzialność ogromna.

Tymczasem w przychodniach to lekarz specjalista jest panem i władcą. Może się spóźniać i często to czyni podkreślając tym samym, jaki to jest zabiegany; długość kolejki przed jego gabinetem świadczy tylko i wyłącznie o jego, lekarza, popularności, więc dobrze, gdy się wije na korytarzu i ledwie jej koniec widać; a gdy przychodzi do płacenia za prywatną wizytę oczy pacjentowi robią się jak spodki. Dlatego coraz więcej lekarzy buduje własne przychodnie, zbiera kolegów po fachu, kupuje sprzęt, podpisuje kontrakty z NFZ – a reszta usług jest proponowana w ramach prywatnej praktyki.

W jednej z przychodni w mieście, gdzie mieszkam, jedna z lekarek ma dwa, sąsiadujące ze sobą, gabinety. W jednym przyjmuje na NFZ, w drugim odpłatnie. Przed tym pierwszym kolejek nie ma, bo zapisy za pół roku (a jest laryngologiem, więc pomoc najczęściej potrzebna jest od zaraz); więc pani doktor przechodzi z gabinetu enefzetowskiego do prywatnego – i proszę, usługa wykonywana jest od ręki. Można? Można.

W drugiej trzej fizjoterapeuci. Przychodzi kobieta ze skierowaniem od lekarza na rehabilitację ze względu na złamaną rękę. Najbliższy termin – czerwiec. — Ale odpłatnie możemy zacząć od jutra — uśmiecha się jeden z nich. Co robi kobieta? Decyduje się, a co ma zrobić? 

W trzeciej, wypasionej, wybudowanej między innymi za przekręty na kontraktach z bezradnym w tej kwestii NFZ, do kardiologa w ramach funduszu można dostać się za cztery miesiące. Za 150 zł – od zaraz.

Czy już domyślają się Państwo, dlaczego tak ciężko dostać się do lekarza specjalisty na darmową wizytę?

Do celu po swoim trupie. O tym, że odpoczynek jest sztuką, której nie posiadłam

Odkąd pamiętam praca była dla mnie celem samym w sobie. Nie liczyło się nic innego jak rozwój zawodowy, podnoszenie samej sobie poprzeczki, wyszukiwanie inspiracji. Ciągle chodziłam na jakieś kursy, warsztaty, studia, uczyłam się języków. No i pisałam, a dobrze napisany tekst, który następnie ukazywał się w gazecie, sprawiał mi za każdym razem niebywałą wewnętrzną satysfakcję. To było to samo uczucie, gdy mając 17 lat gazeta wydrukowała mi mój pierwszy artykuł.

office-620822_960_720Całodzienna praca, również w weekendy (zero rodzinnych obiadów, a tu dom, dzieci, familia), nieustannie dzwoniący telefon, ciągłe nasłuchiwanie, czy w oddali nie słychać syren (wypadek, kolizja, pożar, powódź?), gapienie się w ekran TV, by nie przeoczyć jakiegoś newsa i być na bieżąco; bieganie i/lub jeżdżenie, by zebrać materiał (oddzielną książkę można by o tym napisać), obsługa imprez, proces pisania tekstów, interaktywny internet, z którego dowiadujesz się od człowieka, który cię nie zna i nigdy nie przeczytał nawet pół twojego tekstu, że – ilekolwiek serca i wysiłku byś w swoja pracę nie włożyła – i tak jesteś na dnie, a nad tobą trzy metry mułu. I tak od 20 lat.

Kiedy przeoczyłam moment, że dla innych ludzi, głównie młodszych, ale nie tylko, praca to tylko dodatek do życia?

I dlaczego to przeoczyłam?

Zostałam szefową (teraz wiem, że szefami zostają kretyni – by pracować jeszcze ciężej) i zatrudniam ludzi. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że praca w mojej gazecie to szczyt marzeń dla każdego dziennikarza. Wcale nie! Oni nie chcieli się rozwijać! Szok pierwszy. Jak można nie chcieć się rozwijać???

A może – tu wreszcie przemknęła mi błyskotliwa myśl – nikt nie chce tak ciężko harować??? I nie o żaden rozwój tu chodzi.

 Jedna osoba powiedziała, że nie ma ochoty wychodzić o północy z pracy (w środy, gdy kończymy gazetę, tyle właśnie pracuję, i to 17 lat), a w inne dni szesnasta to maks na wyjście z pracy. Bo potem ma swoje hobby i chce mieć na niego czas.

Druga powiedziała, że ona dba o swoje zdrowie psychiczne, a praca na okrągło temu nie sprzyja. Że też sama na to wcześniej nie wpadłam.

Trzecia, która robi w innej gazecie prostą obsługę imprez, na nową pracę skusić się nie chciała. Powiedziała, że jest jej dobrze, jak jest i nie chce niczego w swoim życiu zmieniać.

Kolejna uznała, że po dwóch latach pracy w gazecie w dziennikarstwie osiągnęła już wszystko i może teraz odcinać kupony wrzucając na fejsa własne zdjęcia jako lokalny celebryta.

Młodzi to w ogóle byli jak z innego świata. Etat traktowali jako coś, co należy im się na dzień dobry, a moje pytania o jakiekolwiek doświadczenie, dyspozycyjność czy mobilność traktowali jak fanaberie głupiej baby. Pojawiła się nawet dziewczyna, która pracowała w Żabce, ale uznała (po stracie tam pracy), że lepiej będzie jej w gazecie. – Pisałaś już coś – zapytałam. – Tak, w podstawówce, wypracowania – usłyszałam. – To napisz coś i przynieś – jak każdemu i jej dałam szansę. Przyniosła. Z tego akurat wypracowania dostałaby jedynkę. Chyba była zdziwiona.

A potem przyszły następne olśnienia: to oni mają rację, a nie ja!

To ja jestem pracoholiczka, czyli idealny pracownik w każdej korporacji, bo dojdę do celu po trupach, zwłaszcza po własnym. Przyjdę wcześniej niż inni, jak trzeba, a ciągle trzeba, bo w gazecie roboty się nie przerobi, zostanę po godzinach, będę pracować w weekendy nie licząc na odbiór czy finansową gratyfikację, a słowo niemożliwe dla mnie istnieć nie będzie. W dodatku od każdego będę wymagać więcej i więcej, przez pryzmat własnego pracoholizmu.

Po drugie: nie potrafię odpoczywać. Bo odpoczynek to sztuka jak każda inna, a ja nie opanowałam jej, bo nie miałam kiedy. Krótka drzemka czy leżenie na kanapie z pilotem w ręku odpoczynkiem nie jest. Nie jest???!!!! No nie jest.

Nawet w czasie wolnym od pracy zachowuję się jak automat: i tak siedzę w necie, wyszukuję newsy i tematy, które można opisać, odbieram telefony od ludzi, odpisuję na mejle, aktualizuję firmowego Facebooka. Nawet jak idę na spacer, do kina, knajpy ze znajomymi, na przejażdżkę rowerem czy do sklepu to i tak wyłuskuję, czy wszystko gra, bo jeśli nie – to opiszę! Mało tego: jako naczelna lokalnej gazety jestem rozpoznawalna, więc nawet w sklepie, u fryzjera, na basenie, w saunie czy u krawcowej, i tak ludzie dzielą się swoimi wrażeniami z życia miasta, które koniecznie powinnam poruszyć na łamach gazety!

Można więc powiedzieć, że swój zawód wykonuję non-stop.

Po trzecie nie mam czasu na własne hobby. To znaczy mam – ale nie mam, bo patrz wyżej. Bo jak mam, to i tak zachowuję się jak automat…

Reasumując, po 20 latach pracy jestem totalnie zmęczona. Jeszcze nie wypalona, bo nadal kocham dziennikarstwo, ale zmęczona.

I moje pokolenie chyba tak jeszcze ma, że praca i „samorozwój” były na pierwszym miejscu. Młodsze pokolenie ma do tego zdrowsze podejście i myślę, że najwyższy czas, by w tej akurat kwestii z mentora stać się uczniem i brać z „leniuchów” przykład.

Tylko, że ja już nie potrafię. Co mi radzicie?

Lina, żona Prokofieva. Numer 3939

Książka jest niesamowita podobnie jak niesamowite było życie Liny Codiny, żony Siergieja Prokofieva, genialnego rosyjskiego kompozytora. Ale gdyby ktoś mi tej książki nie polecił nigdy bym jej nie kupiła, gdyż tytuł „Rosyjska namiętność” autorstwa Reyes Monforte skutecznie do tego zniechęca. Okładka i ten tytuł wskazują na tanie romansidło, a tymczasem od prawie 700 stron opartych na faktach trudno się oderwać.

Książkę można rozpatrywać na kilku poziomach, a każdy skłania do refleksji. Po pierwsze – dlaczego niektórzy mają tak nudne życie, jak nie przymierzając moje, a przeżycia innych są nadzwyczaj fascynującym materiałem na niejedną książkę. I czytając nie chce się wierzyć, że wydarzyły się one naprawdę.

Po drugie dlaczego kochający, wydawałoby się faceci, mający wspaniałą rodzinę, dzieci i luksusowe życie nagle odchodzą do kochanek niwecząc to wszystko, co osiągnęli.

Po trzecie do jakiego stopnia historia – w tym przypadku polityka – potrafi wedrzeć się w ludzkie życie i całkowicie je skomplikować.

Jak ułożyłoby się życie Liny, gdyby nie poznała i nie pokochała Prokofieva? Z pewnością nie przeszłaby gehenny, którą zgotował jej los.

2213be75953aCarolina Codina, zwana Liną, urodziła się w Madrycie, w rodzinie śpiewaków operowych, Olgi Nemyskiej i Juana Codina. Autorka książki opisuje Linę jako niezwykle atrakcyjną kobietę, z charyzmą, bardzo wykształconą – swobodnie posługiwała się pięcioma językami – o wielkich ambicjach artystycznych. Jako młoda dziewczyna mieszka z rodzicami w Nowym Jorku, gdzie pewnego dnia poznaje Siergieja Prokofieva, który w 1918 roku, gdy wybucha rewolucja październikowa, opuszcza Rosję i z trzema dolarami w kieszeni dopływa do Stanów Zjednoczonych.

Do ich pierwszego spotkania dochodzi w Carnegie Hall, gdzie wrażliwa na muzykę Lina zakochuje się w Siergieju słysząc kilka taktów jego I Koncertu Fortepianowego. Wkrótce nawiązują romans, zostają kochankami i poza sobą nie widzą świata.

pd1844480

Siergiej był starszy od Liny o sześć lat, urodził się w małej ukraińskiej wiosce Soncowka. Jego matka, mająca na niego duży wpływ Maria Grigorijewna, straciła dwie małe córeczki zanim powiła Siergieja. W ciąży wciąż grała na fortepianie. W wieku dwóch lat zaczął grać on sam, a gdy w wieku pięciu lat skomponował swój pierwszy utwór, wszyscy mówili, że rośnie drugi Mozart.

Romansujący Lina i Siergiej prowadzą niezwykle aktywne życie wśród amerykańskiej, a potem europejskiej awangardy, w świecie artystów, pisarzy, malarzy, mody. Coco Chanel, Artur Rubinstein, Ernest Hemingway, Pablo Picasso, Maurice Ravel, Henri Matisse; mieszkają we Francji, Włoszech, Szwajcarii, Niemczech; odwiedzają kluby, restauracje, hotele, sale koncertowe; prowadzą luksusowe i światowe życie. W 1923 roku zostają małżeństwem, rodzą się dwaj synowie: Światosław i Oleg.

 

Siergiej Prokofiev komponuje jak szalony, każde jego dzieło zostaje okrzyknięte genialnym, a Lina jest jego menadżerką i najlepszą opiekunką. Można powiedzieć, że mają wszystko, a Lina urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą.

Ale tak nie jest.

Rosja Radziecka chce powrotu swoich genialnych synów, którzy opuścili ją tuż po rewolucji. Kusi i nęci, bo artyści mają tworzyć na chwałę ludu pracującego miast i wsi. A Siergiej coraz częściej wspomina łany rodzimych zbóż i zapach ulic Piotrogrodu, dzisiaj Petersburga, więc coraz trudniej mu się oprzeć nieustannym zaproszeniom z Kraju Rad. W końcu jadą, choć wielu przyjaciół ostrzega, że nie jest to dobra decyzja.

Wojaż po Rosji w 1927 roku jest wielkim sukcesem, są traktowani jak dzisiejsi celebryci, co skutecznie usypia ich czujność. Choć słyszą już o aresztowaniach i zamykaniu ludzi na Łubiance, a potem ich wywozach nie wiadomo dokąd.

Zesłaniu poety Osipa Mandelsztama, zagadkowej śmierci Włodzimierza Majakowskiego. Jego kolega po fachu Dmitrij Szostakowicz staje się wrogiem ludu, a Michaił Tuchaczewski ginie oficjalnie uznany za zdrajcę narodu. To efekt stalinowskich czystek, którego początkiem było zabójstwo Siergieja Kirowa w 1934 roku. Szacuje się, że w tym okresie około miliona Rosjan zostało zesłanych do gułagów lub straconych.

A jednak po którymś pobycie Prokofievów w Rosji, mimo ogromnych oporów Liny, rodzina osiedla się tam na stałe.

Dlaczego decydują się na ten krok – Bóg jeden raczy wiedzieć. Zdroworozsądkowa Lina chce niebawem wracać do Europy, ale Siergiej przestaje jej słuchać. Ona chce normalności, zwłaszcza dla swoich synów, on uważa, że normalność jest właśnie w Rosji. I wystarczy niczego złego nie zrobić, by nie zostać ukaranym.

Ona odwiedza wszystkim wokół, on boi się wychodzić z własnego mieszkania całkowicie skupiając się na komponowaniu. Ona chce prowadzić życie towarzyskie i artystyczne, on coraz bardziej zamyka się w sobie. Czy ich drogi zaczynają się rozchodzić? Siergiej ma chyba powoli dość światowej małżonki, która tak nie pasuje do siermiężnego życia w Moskwie i zawsze ma swoje zdanie.

I Siergiej znajduje idealną – a może partia mu ją podstawia, do dziś tego nie wiadomo – w osobie 20-letniej początkującej poetki Miry Mendelson.

eight_col_Mira_Mendelssohn_ProkofievZe zdjęć spogląda mało atrakcyjna młoda kobieta, której nie dane było zbudować szczęśliwego związku, bo takiego nie da się stworzyć na gruzach czyjegoś nieszczęścia. Ukrywanie romansu przed żoną, choć huczy o nim cała Moskwa, oszukiwanie Liny, wreszcie oficjalne już pozostawienie żony z synami i przeprowadzka do kochanki – te kartki książki czyta się jak przez sen. Nie chce się wierzyć, że Prokofiev jest do tego zdolny!

W życiu Liny zaczyna się najgorszy rozdział. Najpierw wojna 1941 roku, kiedy w Moskwie zostaje sama z dziećmi, podczas gdy Siergiej z Mirą wyjeżdżają w bezpieczne rejony Kaukazu. Brak jedzenia, brak pieniędzy, straszne choroby, na które wszyscy zapadają i które ledwie przeżywają, naloty bombowe i przede wszystkim brak jej ukochanego Siergieja, a potem informacja, że Mira zostaje jego żoną – to wszystko musi Lina przeżyć, bo najgorsze wciąż przed nią.

Musi się hartować.

Przestając być oficjalnie żoną Prokofieva – choć nigdy się nie rozwiedli, więc w świetle prawa kompozytor był bigamistą – Lina traci nad sobą parasol ochronny.

W lutym 1948 roku zostaje zwabiona do samochodu, wywieziona na Łubiankę i straszliwie torturowana. Nie chce się wierzyć, że ta słaba kobieta, tam jedynie numer 3939, przeżyła ciągłe bicie, karcery, noce w maleńkiej celi stojąc w lodowatej wodzie, brak snu, potem przenosiny do najcięższego moskiewskiego więzienia, do Lefortowa.

unnamedPod jakimś absurdalnym zarzutem zostaje skazana na 20 lat pobytu w gułagu niedaleko Workuty w obozie Abez. -55 stopni mrozu, noc polarna trwająca sześć miesięcy, praca przy wyrębie lasów, mały kawałeczek chleba pod wieczór. Ale i nieco szczęścia, gdy wartownicy rozpoznają w niej żonę wielkiego Prokofieva i dają dodatkowy sweter czy kawalątek słoniny.

O radzieckich gułagach napisano wiele, ale za każdym razem czyta się o tym piekle na ziemi z wypiekami na twarzy. Jak ktoś mógł w ogóle przeżyć choć dzień w tak nieludzkich warunkach? Jak mógł zachować godność, widząc i doświadczając zwierzęcego traktowania? Jak mogła przeżyć to wszystko Lina wiedząc, że jej ukochany mąż ma nową żonę, o niej ani o pozostawionych na pastwę losu dzieciach w ogóle nie pamięta, i że tak naprawdę została zesłana do łagru tylko dlatego, że tak bardzo go kochała?

 

Jednak Lina przeżyła. Po śmierci Stalina – los zrządził, że dokładnie tego samego dnia zmarł i Siergiej Prokofiev – karę obniżono jej do 8 lat. Gdy wyszła na wolność wszystko było już inne.

Lina Codina dożyła 91 lat, zmarła na raka żołądka w Londynie w 1989 roku, przeżywszy męża 36 lat. Mira Mendelson zmarła dużo wcześniej, w 1968 roku, i została pochowana we wspólnym grobie z Prokofievem, jej też, a nie Linie czy synom, przepisał prawa autorskie do swoich dzieł. Lina nigdy nie chciała się z Mirą spotkać mimo wielokrotnych propozycji. Po wyjeździe z Rosji w latach 70. Lina założyła fundację dbającą o dorobek artystyczny Siergieja Prokofieva, wywalczyła sobie również prawa do jego dzieł. Zapraszano ją do Rosji, ale zawsze odmawiała. „Dwa razy nie powtórzę tego samego błędu” – zwykła mawiać.

Do końca życia kochała męża i nigdy nie uwierzyła, że mógł być szczęśliwy z Mirą.

Dzieje Liny to kolejne potwierdzenie faktu, że prawdziwe życie jest o wiele ciekawsze niż najbardziej nawet wymyślny scenariusz.

 

Fot. internet